Nie nacisnął guzika i uratował świat
26-09-2008
Dokładnie 25 lat temu losy świata na moment znalazły się w rękach jednego człowieka - gdyby nie stalowe nerwy i zimna kalkulacja Stanisława Pietrowa, który odebrał sygnał o rzekomym amerykańskim ataku rakietowym na ZSRR, światu groziłaby wojna jądrowa. Dziś bohater tamtych wydarzeń jest 69-letnim emerytem, który mieszka pod Moskwą.
Początek jesieni 1983 roku to jeden z najtrudniejszych okresów zimnej wojny. Sytuacja gęstniała od kilku lat - w 1979 roku ZSRR wkroczył do Afganistanu, rok później Zachód zbojkotował olimpiadę w Moskwie. Na początku września Rosjanie omyłkowo zestrzelili cywilny samolot koreańskich linii lotniczych - zginęło 269 osób.
W poniedziałek 26 września kilka minut po północy na ekranach centrali Systemu Ostrzegania przed Atakiem Rakietowym (SPRN) w zamkniętym mieście Sierpuchowo-15 pod Kaługą zapaliła się lampka alarmowa i napis start. System poinformował o ataku rakietowym na Związek Radziecki. Zgodnie z regulaminem podpułkownik Pietrow powinien był poinformować Kreml, a Jurij Andropow wydać rozkaz o wystrzeleniu radzieckich rakiet z głowicami atomowymi w kierunku Ameryki.
JUSTYNA PRUS: Co się właściwie wydarzyło?
STANISŁAW PIETROW: To był dzień jak co dzień. A raczej noc. Pełniłem dyżur i nagle pojawiła się pierwsza informacja o startującej z amerykańskiej bazy rakiecie. Potem o kolejnej. Było ich wprawdzie tylko pięć, ale ogólny komunikat był jednoznaczny - atak rakietowy na ZSRR. Zawyły syreny - popatrzyliśmy na siebie z przerażeniem, wybuchła panika. Szybko jednak opanowaliśmy nerwy i zaczęliśmy sprawdzać systemy. Wszystko działało sprawnie. Wiarygodność: najwyższa. Musiałem szybko podjąć decyzję: albo przekazać wyżej informację o ataku i tym samym rozpocząć procedurę odpowiedzi na niego...