Padający w sobotę, podczas finału 8. Festiwalu Sztuk Różnych "Bieszczadzkie Anioły", obfity deszcz wpłynął na frekwencję publiczności zgromadzonej w Dołżycy. Pomimo tego występ Starego Dobrego Małżeństwa oglądało sześć tysięcy wytrwałych fanów zespołu
Deszcz przestał tak intensywnie padać dopiero w połowie koncertu SDM-u. Potem na scenę wszedł Piotr Bukartyk, który dał najlepszy występ tegorocznych Bieszczadzkich Aniołów. Artysta urzekł tym, że w lapidarny, dowcipny sposób nawiązał kontakt z publicznością - swoim słowem i muzyką.
Dlaczego ta impreza dla wielu jest tak ważna?
- 12 tys. ludzi, w odróżnieniu od wszystkich innych festiwali punkowych i rockowych, jednogłośnie, w ciszy i ze łzami w oczach śpiewa tutaj teksty Starego Dobrego Małżeństwa. To jest festiwal medytacji, kontemplacji, a jednocześnie bardzo smacznego wina, które się tu pije, cudownego jarmarku. To święto włóczykijów, artystów, tych, którzy rzeźbią, żonglują, robią bębny, czyli soli tej ziemi. Tu jest główny nurt życia, choć nie można go nazwać mainstreamem. Będę tu przyjeżdżał dopóki starczy mi sił - tłumaczy Jacek Kleyff, współtwórca kabaretu Salon Niezależnych, lider znanej z występów na Aniołach Orkiestry Na Zdrowie.
Bieszczadzkie Anioły jak magnes przyciągają również co roku Małgorzatę Pomorską z Rzeszowa, wielbicielkę Starego Dobrego Małżeństwa, autorkę pracy magisterskiej o tym zespole:
- Jestem z Aniołami od drugiej edycji, czyli od 2002 roku. Wtedy finałowy koncert był w Górnej Wetlince, a po kilku edycjach przeniesiono go do Dołżycy na teren ośrodka "Cień PRL-u". Ja lubiłam bardziej Anioły w Górnej Wetlince, bo tam był lepszy klimat, tutaj też jest fajnie, ale już inaczej - zwierza się Małgorzata. W czym tkwi taka siła, że ten Festiwal Sztuk Różnych przyciąga jak magnes?
- To jest właśnie jego fenomen. Organizatorzy nie zabiegają o promocję w mediach, a ludzie i tak o nim wiedzą i przyjeżdżają co roku. Poza tym, jak ktoś już raz się tu pojawi, to za rok wraca dla muzyki, klimatu, żeby przeczytać napisane własnoręcznie wiersze i najważniejsze - spotkać się z tymi, których często nie widzi rok, a może i dłużej - wylicza Pomorska.
Najbardziej zapadł jej w pamięć koncert formacji Czerwony Tulipan, jeszcze w Górnej Wetlince. W tym roku, oprócz ukochanego SDM-u, ciekawią ją występy Piotra Bukartyka i Andrzeja Garczarka.
Poza tym fascynuje ją tutaj to, że wszystko trwa często do piątej rano. Nikogo nie przeraża nawet padający obficie deszcz.
- Niesamowite jest też to, że artystów, którzy tutaj grają dla ponad 10 tysięcy osób na głównej scenie, możesz spotkać potem w knajpach Troll, Siekierezada czy na polu festiwalowym. Nie izolują się, nie stwarzają dystansu, bardzo chętnie rozmawiają. A namówieni nawet coś zagrają, zaśpiewają - opowiada Pomorska.
Bieszczadzkie Anioły zaczęły się bardzo niewinne, od przyjazdów Krzysztofa Myszkowskiego ze Starego Dobrego Małżeństwa w te okolice. Wokalista i gitarzysta SDM-u grał i śpiewał sobie w Bieszczadach, przy ognisku, dla własnej przyjemności.
- Na te minikoncerciki szybko zaczęli przychodzić ludzie. Potem to się przeniosło do Domu Kultury w Cisnej. I Krzysztof Myszkowski wpadł na pomysł, że skoro jest takie zainteresowanie, to trzeba zorganizować coś większego dla tych ludzi. Dać im również szansę, by wzięli w tym udział. I to wypaliło! W tym roku już po raz ósmy - nie kryje satysfakcji Pomorska.
Źródło: Gazeta Wyborcza Rzeszów













Newsletter
Kanał Rss
O portalu
Reklama
