Kiedy prawie czterotonowy śmigłowiec lekko niczym ważka siada na ziemi trawa zaczyna falować. Ożywa „suchy przestwór oceanu", po którym powoli i w skupieniu kroczy grupka lekko pochylonych postaci. Zmierzają do maszyny, jeden po drugim znikają w jej wnętrzu. Drzwi zostają zasunięte. Wirniki zwiększają obroty i „Sokół" wzbija się w przestworza. Po kilkudziesięciu sekundach słychać już tylko charakterystyczne echo pomruków śmigłowca. Oczy ludzi stojących na ziemi zwrócone są ku górze. Po niebie przesuwa się ciemny punkt. Promienie słoneczne oślepiają patrzących. - Wyskoczyli! Na niebie pojawiają się trudno dostrzegalne ziarenka, nad którymi po chwili wyrastają białe puszyste kule. Dmuchawce, latawce, wiatr...
- To był mój 1503 skok w życiu. Są tacy, którzy na swoim koncie mają ponad ich ponad 15 tysięcy - mówi Jerzy Noga, jeden ze skoczków XVI Oddziału Związku Polskich Spadochroniarzy w Rzeszowie.
W lipcu niebo nad podrzeszowską Jasionką zajęli spadochroniarze, którzy rywalizowali w 9, Mistrzostwa Europejskiej Federacji Spadochroniarzy (U.E.P.) oraz w 13. Mistrzostwach Polski w celności lądowania. - Zabrakło mi 3 cm do centrum - mówi skoczek - Podczas skoku człowiek jest bardzo skoncentrowany. W treningach prawie za każdy razem trafia się idealnie w środek. Na zawodach pojawiają się nerwy, które utrudniają zadanie - dodaje.
Z nieba na „patelnię"
Śmigłowiec ze skoczkami na pokładzie unosi się w powietrze.
Kiedy osiągnie wysokość 1000 metrów
zawodnicy mogą wyskakiwać. Na ziemi w oznaczonej taśmą strefie lądowania znajduje
się okrągły materac, na którym znajduje się tzw. patelnia, czyli elektroniczny
dysk, który ma średnicę 16 cm. Urządzenie automatycznie mierzy odległość od 0
do 15 cm. Zadaniem skoczka jest trafienie w punkt zero o średnicy 3 cm. Jeśli
się to uda włącza się charakterystyczny dźwięk. Im dalej od środka. Są
zawodnicy, którzy w sześciu kolejkach skoku robią zaledwie 2 cm błędu. - Jeśli nie ma dobrej pogody to nawet
najlepszy zawodnik może sobie nie poradzić. Żeby osiągnąć przyzwoity wynik
trzeba w sezonie oddać przynajmniej 100 skoków - ocenia Jerzy Noga.

Skoczkowie Związku Spadochroniarzy Polskich z Rzeszowa przed skokiem.
Od lewej: Jerzy Noga, Bogusław Marszałek i Karol Koźbiel.
Pierwszy skok
- Wspomnienie pierwszego skoku jest
bardzo przyjemne, wszystko dzieje się szybko i niewiele się z niego pamięta.
Dopiero w kolejnych dopiero zaczyna się zauważać więcej - wspomina Jerzy Noga.
Ze śmigłowca w jednym nawrocie wyskakuje trzy osoby. -Jeżeli skaczemy z 1000 metrów to spadochron nie musi być dokładnie ułożony . Powinien mieć miękkie i szybkie otwarcie, bo później, skacząc w drużynach sobie tę wysokość skalujemy. Pierwszy skoczek leci jak najdłużej, drugi nie musi robić już wielkiego opóźnienia, a trzeci otwiera spadochron już pod ogonem - tłumaczy skoczek .
Po wylądowaniu
skoczek jest zmieniony, spokojny. Twarz
jest inna niż przed skokiem, odmieniona przez zachwyt pomieszany ze strachem. - Lęk jest zawsze, ale skok i lot w
powietrzu sprawiają bardzo wielką przyjemność. Jeszcze lepsze uczucie jest
wówczas, gdy skacze kilka osób i można wykonać różne układy i figury - opowiada
z uśmiechem nasz rozmówca.
Marzenia
Dla niejednej osoby skok na spadochronie jest marzeniem, a o czym marzą
skoczkowie? -Tak, mam jedno marzenie. Chciałbym
pojechać na Mistrzostwa Świata do Dubaju, a przeszkoda tkwi w braku środków.
Aeroklub nie ma takich możliwości finansowania - wyjaśnia Jerzy Noga - O sponsora jest trudno. Podczas tegorocznych zawodów
skakałem nowym spadochronem. Pomogli nam przedstawiciele Perfumerii Douglas i za
to należy im się wielkie słowa podziękowania.
Tak wygląda to z Ziemi, a jak z perspektywy skoczka?
Zobaczcie sami...
Rejestracja materiału foto-video: Artur Bieniek - Studiox7.pl
Montaż filmu: Lemonade Studio






















































Newsletter
Kanał Rss
O portalu
Reklama
